W ostatnich dniach odwiedziliśmy z mikrofonem Irenę Wyględowską – stulatkę z Rolazłowa, którą opiekuje się syn Wojciech. Z panią Ireną rozmawialiśmy o jej życiu. Recepty na długowieczność nam co prawda nie zdradziła, ale zapewniła, że w zachowaniu dobrej kondycji na pewno pomaga praca.
20 marca 1926 roku w Rozlazłowie na świat przyszła Irena Wyględowska jako średnia z dziesięciorga dzieci. Jej rodzice poznali się w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie – w Baltimore. Jej tata pracował w porcie jako doker.
- Rodzice mieszkali tam osiem lat. Tata zarobił pieniądze, przyjechał do Polski i kupił tu gospodarstwo – 25 mórg ziemi. Potem się budowali i dzieci robili –
- mówi nam ze śmiechem pani Irena.
Choć czasy były ciężkie, nasza rozmówczyni podkreśla, że nie zaznała głodu.
- Przed wojną była bieda. Ja do szkoły w Kątach latem chodziłam boso, ale głodu nie cierpieliśmy. Tata wszystko miał – ryby ze swojego stawu, mięso ze zwierząt, miód, a nawet olej. Zawsze mówił do mamy – co masz, tego nie sprzedawaj – czy sera, czy jajek, daj dzieciom –
- wspomina Irena Wyględowska, która w swoim życiu zajmowała się głównie pracą w gospodarstwie.
- Nie chciałam się uczyć, wolałam pielić buraczki i zrywać truskawki, a pracy byłam nauczona od małego. Człowiek pracował, po wiejsku się odżywiał, to miał siłę. Dziś młodym też by się przydało więcej roboty –
- mówi mieszkanka Rozlazłowa.
Jako że znajdujemy się w okresie Wielkanocnym, zapytaliśmy panią Irenę jak wspomina ten czas.
- Przed Wielkanocą pościło się dłuższy czas, a na Wielkanoc to już były szynki i kiełbasa ze świniobicia. Co ciekawe, świnię zabijała moja mama –
- mówi Irena Wyględowska.
Nasza rozmówczyni ma wiele do opowiedzenia, a opowiada z werwą, nieraz żartem, ma w sobie charyzmę. Szczególnie w pamięć zapadły jej historie wojenne.
- Był czas, że uciekaliśmy przed wojną, przed bombami do Żyrardowa, do Iłowa. Potem pracowałam przy budowie bunkrów w okolicy. Niemcy kazali wyznaczyć sołtysom osoby do pracy. Tata, choć był niepiśmienny, był sołtysem. Cieszył się wielkim poważaniem wśród sąsiadów. Nie miał wyjścia – musiał i ze swoich dzieci kogoś wydelegować. Padło na mnie. Ja wtedy byłam jeszcze panienką. Była też inna sytuacja. Woziłam mleko do mleczarni w Sochaczewie, ale jak ja je woziłam? Brałam 30-litrową bańkę na ramę od roweru i bez trzymania tak z nią jechałam. Jak w Sochaczewie zobaczył mnie Niemiec, to mnie zrugał –
- mówi pani Irena.
Wspomnień jest więcej.
- Kiedyś mówiło się, że „Kuby” chodzili po domach. To byli tacy złodzieje, Polacy. Raz do nas wpadli i chcieli, żeby im zabić świnię. Mama jak ich zobaczyła, chciała mnie wypchnąć z domu tylnymi drzwiami, ale ci bandyci to zobaczyli i jeden przyłożył mi lufę do piersi, ale dostali tę świnię i poszli dalej –
- mówi stulatka.
Pani Irena wspomina też, że kiedyś młodzież chodziła na nabożeństwa majowe, opiekowała się kapliczkami, ale chodziła też na zabawy. Te odbywały się „po domach”.
- Wynajmowało się jakiś pokój, brało harmonię i były tańce –
- tłumaczy.
Pani Irena miała męża, ale ten już nie żyje.
- To było takie małżeństwo z rozsądku. Do mnie przychodzili tylko chłopcy z gospodarki, a ja nie chciałam iść na gospodarstwo. Trafił się ślusarz i za niego wyszłam. Chodziliśmy razem tyle, co nic. Poznaliśmy się w kwietniu, a 26 czerwca był ślub. Różnie to w małżeństwie było, jak to w życiu, trzeba było się i czasem posprzeczać, bo jak nie chciał mąż słuchać, to nieraz go trzeba było obsztorcować. Ja jestem twardy człowiek –
- wspomina nasza rozmówczyni.
Po ślubie pani Irena wyprowadziła się do Warszawy, ale wróciła do Rozlazłowa, by opiekować się mamą. Dziś to ona potrzebuje pomocy, a nie odmawia jej syn Wojciech.
- To nie jest łatwe zadanie, ale nie wyobrażam sobie, jak dziecko może oddać własnego rodzica do domu opieki –
- mówi nam pan Wojciech, który dobrze wspomina swoje dzieciństwo, choć podkreśla, że „jak to w gospodarstwie” – pracy nie brakowało.
Dziś syn pani Ireny nie tylko dba o swoją mamę, ale też pielęgnuje pamięć o przodkach.
- Słucham opowieści mamy, sam co nieco pamiętam i staram się to przekazywać dalej, komu tylko mogę –
- mówi pan Wojciech.

/fot. Agnieszka Offerczak-Ciura. Na zdjęciu pani Irena z synem/
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tusochaczew.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz