Zamknij
REKLAMA

Anna Pawłowska o tym, jak została Dolly, i nie tylko

14.37, 23.09.2022 TM / MF Aktualizacja: 10.04, 26.09.2022
foto Anna Pawłowska / FB
REKLAMA

Zawodowo dyrektor Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Sochaczewie, społecznie radna i członek zarządu powiatu sochaczewskiego. Prywatnie mama Wiktorii, żona Artura. Z Anną Pawłowską rozmawiamy o wszystkim, tylko nie o pracy.

- Kto, kiedy i dlaczego nadał ci pseudonim Dolly.

- To były czasy, kiedy studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim, mieszkałam w akademiku przy ulicy Smyczkowej, obok Wydziału Zarządzania, i tam właśnie miałam takich znajomych, którzy… no cóż, ponieważ miałam długie, kręcone włosy, wzrost mój każdy zna i inne cechy, oczywiście country się nigdy nie zajmowałam, ale jakoś tak się kojarzyłam…

- Dolly Parton oczywiście.

- No tak. I tak to się stało, i tak wśród wielu znajomych funkcjonuje do dziś.

- Szkoła Podstawowa w Brzozowie, a później liceum w Łowiczu. Dlaczego, skąd taki wybór?

- Liceum Chełmońskiego w Łowiczu dlatego, że moja kuzynka tam chodziła, podobnie jak inni członkowie bliższej i dalszej rodziny. Uznałam, że to będzie dla mnie dobra szkoła, szczęśliwie zdałam do niej egzamin i tak to się zaczęło.

- Ale nie skończyło, bo potem było Liceum Fryderyka Chopina w Sochaczewie.

- Tak, w Łowiczu uczyłam się dwa lata. Ponieważ to był początek lat 90-tych ubiegłego wieku zaszły pewne zmiany, które uniemożliwiły mi tu naukę, a mianowicie budynek internatu przy ul. Podrzecznej, w którym mieszkałam, został odzyskany przez siostry zakonne, bo to przed wojną była ich własność. No i powstał poważny problem, bo mieszkałam we wspomnianym już ciebie Brzozowie i codzienne dojazdy do Łowicza były zbyt skomplikowane i czasochłonne. Na szczęście dyrektor Chopina, pan Szczepanowski, był tak łaskaw i mnie przyjął do trzeciej klasy.

- Czy dzięki temu, że miałaś długie włosy, mogłaś liczyć na jakieś szczególne względy u wymagających czy specyficznych nauczycieli, na przykład u legendarnego Wąsa?

- Faktycznie, miałam długi warkocz. Włosów do dziś nie farbuję, ponieważ one naturalnie zmieniają kolor. W tamtych latach były one zdecydowanie jaśniejsze i bałam się, że nauczyciele uznają, że są farbowane, bo wówczas takie zabiegi były źle widziane. I bałam się profesora Dębowskiego, zwanego przez uczniów Wąsem, bo opowiadano mi o nim różne rzeczy.

- Ale Wąs lubił warkocze u dziewczyn.

- Zwrócił na mnie uwagę już na pierwszej lekcji, zapytał pod nosem, skąd się wzięłam w szkole, więc wyjaśniłam, a wtedy kazał mi wyjść na środek klasy. Byłam bardzo wystraszona, profesor zwrócił się do klasy i powiedział „Zobaczcie, jak ona wygląda.”, a potem: „Większości takich jak wy do liceum w Łowiczu by nie przyjęli”. Zrobił mi niezłą antyreklamę, bo potem inni patrzyli na mnie wilkiem. Oczywiście też zdarzyło się, że płakałam przez profesora, bo kiedyś powiedział, że do mnie chłopaki przychodzą pod szkołę, co było nieprawdą, bo przychodzili do mojej koleżanki Wioletty, którą serdecznie pozdrawiam. Potem profesor nawet mnie pocieszał, powiedział, „No już nie płacz, nie denerwuj się, ja tylko tak żartowałem”. Także w moich wspomnieniach, wbrew temu, co się o nim mówiło, to był wrażliwy człowiek.

- Ja jak byłem uczniem o takich jak ty mówiło się krótko: „kujon”, ty podobno cały czas miałaś świadectwo z czerwonym paskiem.

- Mało tego, jeszcze było takie coś, jak odznaka wzorowego ucznia, którą trzeba było nosić. To wszystko mi zupełnie nie przeszkadzało, bo ja się uczyłam dla siebie.

- Ale dyskoteki lubiłaś?

- No tak, jeździłam czasami, do Rybna na przykład.

- A żukiem na jaką zabawę jechałaś?

- Ojej, nie pamiętam.

- No dobrze, przejdźmy do studiów, bo tutaj sporo się działo. Wydział Pedagogiczny Uniwersytetu Warszawskiego, studia pięcioletnie zakończone obroną pracy magisterskiej. Melitta Topit, co to jest?

- To taka firma niemiecka, w której pracowałam w czasie studiów, oni wprowadzali pewne nowości kuchenne, jak filtry do kawy, folie. Zarabiałam bardzo dobre pieniądze, bo oni płacili w markach niemieckich.

- Nigdy się nie leniłaś?

- To prawda, zawsze pracowałam.

- I podobno bardzo dobrze gotujesz.

- Tak mówią inni, wiec pewnie coś w tym jest.

- Ale ze słodyczy to najbardziej lubisz śledzia?

- Raczej tak, rzadko mam ochotę na coś słodkiego, generalnie wolę słone przekąski.

-Twoje popisowe danie? Czym najczęściej częstujesz zaproszonych do siebie gości?

- Chyba nie ma takiego jednego. Zawsze wspólnie z mężem zastanawiamy się, co ugotować, może żeberka, a może karkówkę, a może kurczaka w sosie powidłowo-keczupowo-fasolowo-cebulowym. Czasami podaję chińszczyznę czy dania tajskie, tylko sushi nie robię, tym zajmuje się moja córka, podobnie też to jej domeną, nie moją, jest pieczenie ciast.

- A to prawda, że uwielbiasz robić przetwory?

- Tak, to zaczyna się już w czerwcu od truskawek. Faktycznie, mam pełne półki słoików. Robię dżemy, ale przede wszystkim ogórki kiszone, grzybki marynowane i przecier z pomidorów. Tak po sto kilo leci tego, przynajmniej. Gotowanie i przygotowywanie przetworów mnie relaksuje, lubię to po prostu. Podobnie jak później konsumowanie, oboje z mężem to lubimy.

- Miało nie być o pracy i nie będzie. Na koniec dziesięć krótki pytań. Ulubiony kolor?

- Niebieski.

- Film, który mogę oglądać bez końca?

- „O północy w Paryżu”.

- Książka, którą muszę przeczytać w najbliższym czasie?

- Oj, sporo ich, kilka jest już zaczętych.

- Na bezludną wyspę zabrałabym?

- Najbliższych.

- Potrawa, której nie cierpię?

- Flaki baranie, które pamiętam z Grecji.

- Na parkiecie radzę sobie…?

- Dobrze.

- Gdybym musiała wybrać inną drogę zawodową, to zostałabym…?

- Papugą.

- Potrafisz być pamiętliwa?

- Bardzo.

- Najlepsze wakacje spędziłam na…?

- Wszystkie z rodziną, przyjaciółmi były fajne, w każdych było coś wyjątkowego.

- Wymarzony prezent pod choinkę?

-Tego się tak nie da, ale zdrowie.

- I tego Ci życzę, dziękując za rozmowę.

- Dziękuję.

 

 

(TM / MF)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
REKLAMA
REKLAMA
0%